RÓŻNOŚCI

Koszmar! Okrutne znęcanie się nad zwierzętami. Śledztwo na fermie norek. Wstrząsające nagranie

Człowiek to bestia!

Choć zagraniczne nazwiska nie padają zbyt często w dyskursie publicznym na temat hodowli zwierząt na futro w Polsce, bliższe spojrzenie na branżę futrzarską ujawnia sieci powiązań, które sterują biznesem z tylnego miejsca.

Dobitny dowód stanowią wyniki śledztwa przeprowadzonego na fermie należącej do jednego z największych hodowców norek na świecie – holenderskiej spółki Van Ansem.

Fermy Van Ansem w Polsce

Rodzina Van Ansem z biznesem futerkowym związana jest od lat 60. ubiegłego stulecia, a od 1991 obecna jest także w Polsce. Po otwarciu pierwszej fermy na terenie Rzeczpospolitej zaczęła rozbudowę swoich obiektów hodowlanych w Rumunii, Łotwie oraz USA. Chociaż na rynkach międzynarodowych spółka Van Ansem znana jest jako Unicorn Fur Farms, pod naszą szerokością geograficzną funkcjonuje głównie jako Joni Mink. Oszacowanie dokładnej liczby podmiotów będących pod kontrolą Van Ansemów jest utrudnione ze względu na dzielenie właścicielstwa ferm pomiędzy różne spółki. W rejestrze Głównego Inspektoratu Weterynaryjnego nazwisko Van Ansem pojawia się aż 14 razy, a same fermy należą do największych w Polsce.

Śledztwo na fermie w Lubiszynie

Po zebraniu informacji na temat działalności biznesowej Van Ansem, aktywiści śledczy Otwartych Klatek postanowili przyjrzeć się warunkom panującym na ich fermach futrzarskich. Fermy będące częścią grupy Van Ansem położone są przede wszystkim na terenie województw zachodniopomorskiego, lubuskiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego.

Na jednej z nich, zlokalizowanej w województwie lubuskim, zatrudnił się pracownik undercover. Misza przez pięć tygodni na przełomie listopada i grudnia, skrupulatnie dokumentował warunki hodowli norek przypadające na czas uboju. To, co wybija się z zarejestrowanych materiałów to niewyobrażalna skala okrucieństwa: rzucanie zwierzętami, uderzanie o drewniane i metalowe elementy klatek.

Hodowla norek nierozerwalnie związana jest z cierpieniem. Zwierzęta te na wolności prowadzą samotniczy tryb życia, nieustannie się przemieszczając. Na fermach mają do dyspozycji parocentymetrowy skrawek metalowych krat. Pozbawione możliwości spełniania swoich podstawowych potrzeb, wykazują zachowania stereotypowe czy też stają się agresywne. Posiadają także umiejętność długiego wstrzymywania powietrza. Zabijane w komorach wypełnionych gazem, próbują w agonii walczyć do ostatniego tchu.

Van Ansem nie pierwszy raz pod lupą

Informacje o tym, w jaki sposób traktowane są zwierzęta przez podmioty należące do spółki Van Ansem pojawiły się już w 2018 roku. Podczas nadzoru przewozu żywych zwierząt odbywającego się we współpracy z Inspekcją Transportu Drogowego, organizacja Eyes on Animals ujawniła dramatyczne warunki panujące we wnętrzu ciężarówki przewożącej norki.

Norki, przemierzające drogę z holenderskiego miasta Meijel do trzech ferm należących do spółki rodziny Van Ansem w Polsce, znajdowały się w niezabezpieczonych klatkach ustawionych jedna na drugiej. Ze względu na ich niewłaściwe usytuowanie, odchody norek spadały przez kraty do tych na niższych kondygnacjach. Ponadto kierowca nie został odpowiednio poinstruowany odnośnie sposobu karmienia i pojenia norek przed liczącą ponad 700 km trasą.

Warto również wspomnieć o działalności Van Ansemów na Łotwie. Właściciele fermy Baltic Devon Mink pozwali państwo łotewskie i zażądali kilkudziesięciu milionów euro odszkodowania. Działająca lokalnie organizacja Dzīvnieku brīvība przeprowadzała swoje śledztwa na największej fermie w kraju kilkukrotnie. Jednak chwilę po udostępnieniu nagrań zarejestrowanych przez pracownika undercover, rząd łotewski postanowił całkowicie zakazać hodowli zwierząt na futra. Chociaż ferma ta posiadała certyfikat WelFur, nie uchroniło to zwierząt przed cierpieniem. Wyniki łotewskiego śledztwa.

Jak Van Ansem plecie sieć powiązań

Chociaż już od paru lat branża zmaga się z kryzysem – ceny skór na giełdach spadają, zmniejsza się liczba zainteresowanych futrami zwierzęcymi, a słupki zysków ciągną w dół, utrata możliwości prowadzenia działalności hodowlanej przez zagranicznych inwestorów w Polsce oznaczałaby znaczną stratę. Głównie dla właścicieli międzynarodowych koncernów.

Aby się przed tym uchronić, obie spółki, których głównymi beneficjentami jest rodzina Van Ansem – Joni Mink i Poland Fur Production już w 2015 roku zarejestrowały oficjalnego lobbystę w Sejmie – kancelarię prawną, która miała na celu dbanie o interesy wspomnianej grupy producentów.

Aktualnie interesy rodziny Van Ansem reprezentowane są przez Daniela Żurka, prezesa spółek. W latach 2018-2023 sprawował on funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych, a w tym momencie zasiada w komisji rewizyjnej.

Żurek, w towarzystwie Szczepana Wójcika, w którego rękach znajduje się znaczna część hodowli w Polsce, pojawił się także na pierwszym posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu na rzecz zakazu hodowli zwierząt na futro. Znany ze swoich publicznych wypowiedzi wspierających branżę, zakłócił on spotkanie komisji wypowiadając się na temat “aktywistów wypuszczających zwierzęta z klatek”. Zapytany o konkrety, nie był w stanie udzielić odpowiedzi.

Nie była to też pierwsza współpraca na linii Wójcik – Van Ansem. W 2018 roku rozpoczęto kampanię społeczną #RespectUs, która z założenia miała krzewić pamięć o historii. Po pewnym czasie obrała jednak za swój cel organizacje zajmujące się prawami zwierząt. Do spotu kampanijnego zaproszono nieprzypadkowe osoby – jednej z nich postawiono zarzut znęcania się nad zwierzętami. Kampania #RespectUs wspomagana była przez organizację Szczepana Wójcika – Fundacja Wsparcia Rolnika Polska Ziemia i powiązana ze spółką Van Ansem FUTREX, która użyczyła swoich ciężarówek do promocji kampanii.

Nie tylko Van Ansem

Kapitał holenderski reprezentowany jest głównie przez interesy rodziny Van Ansem, jednak nie są oni jedynym podmiotem finansującym biznes futrzarski w Polsce. Inną spółką z niderlandzkim wkładem jest Farm Equipment International, posiadająca 15 ferm w Polsce. Chociaż do tej pory nie pojawiło się sprawozdanie finansowe za 2022, rok wcześniej odnotowała ona stratę rzędu 9,4 mln zł. Drugą grupę inwestorów stanowi kapitał duński – spółka Bono Farms.

Po przeprowadzeniu analizy całego rynku i zsumowaniu podmiotów okazuje się, że rodzinny biznes Wójcików wraz z fermami podtrzymywanymi przez kapitał holenderski i duński wynoszą blisko połowę zarejestrowanych i aktywnych ferm w Polsce.

Dlaczego hodowla w Polsce wciąż się opłaca?

Obecnie (stan na dzień publikacji tekstu) ponad 20 krajów europejskich zakazało hodowli na futra. Jednym z nich była Holandia, która już w 2013 wprowadziła pierwsze regulacje prawne mające na celu całkowite zamknięcie hodowli. W efekcie przyczyniło się to więc do poszukiwania nowych lokalizacji dla ferm. Polska okazała się korzystnym miejscem do inwestycji w biznes futrzarski, między innymi z powodu bardzo niskiego opodatkowania. Wynosi ono 1,6 procent i jest spadkiem po poprzednim ustroju, promującym niszowe gałęzie przemysłu.

Fundacja Viva! podczas opracowywania jednego ze swoich raportów, dokładnie przyjrzała się sposobowi obchodzenia płacenia podatków i przechodzenia dodatkowych kontroli. Jedna z największych hodowli w Polsce, ferma w Góreczkach, należąca do Wojciecha Wójcika, brata wyżej wspomnianego Szczepana, składa się oficjalnie z 39 ferm, należących do 9 spółek. I nie są one oddzielone od siebie nawet płotem. W 2020 roku zatrudnił się na niej aktywista śledczy Yevhen, który udokumentował brutalne praktyki mające miejsce na terenie obiektu oraz łamanie praw pracowniczych.

Zgodnie z raportem Zachodniego Ośrodka Badań Społecznych i Ekonomicznych zatrudnienie w sektorze znajduje jedynie 3-4 tysięcy osób. Są to szacunki na rok 2018, czyli przed największym spadkiem produkcji futer w Polsce.

Ze względu na nieadekwatnie niskie opodatkowanie, wpływy do budżetu państwa z tytułu hodowli są zdecydowanie niższe niż deklarowane przez jej przedstawicieli. Zgodnie z obliczeniami Business Insider branża odpowiada za 0,08 procent PKB, a udział w finansach publicznych to jedynie 0,014 procent. Zniknięcie tej “gałęzi” nie byłoby więc odczuwalne dla gospodarki, ale dla niewielkiej grupy interesariuszy, budujących swoje imperia na krzywdzie zwierząt.

Hodowla zwierząt na futra nieodłącznie związana jest z cierpieniem. Nie ma znaczenia czy finansują ją złotówki, euro czy chińskie juany. Jednak czy gdyby nie zastrzyk finansowy płynący z Zachodu, polski biznes futerkowy miałby szansę urosnąć do bieżących rozmiarów?

Korzystają międzynarodowe koncerny, traci społeczeństwo

Przedsiębiorcy związani z branżą futrzarską bardzo często odnoszą się do wartości mówiących o wspieraniu polskich wsi. W rzeczywistości to właśnie mieszkańcy wsi są najbardziej narażeni na szkody spowodowane bliskim sąsiedztwem ferm:

Polek nie stać na futro, ale Polki stać na wąchanie smrodu z ferm

skomentowała jedna z mieszkanek Bronowic, której dom znajduje się 250 m od hodowli z holenderskim kapitałem.

Środki ze sprzedaży futer trafiają do międzynarodowych korporacji, które za miejsce swojej działalności wybrały Polskę. Zostawiając po sobie koszty: epidemie, choroby, zanieczyszczenia przerzucane na barki całego społeczeństwa.

Wynik śledztwa na fermie Van Ansem

Na oficjalnej stronie producenta Unicorn Fur Farms przeczytać można deklarowaną misję przedsiębiorstwa, odnosząca się do poszanowania i ochrony środowiska czy dbania o dobrostan zwierząt. Dowiemy się stamtąd, że norki cieszą się szczególną opieką, przetrzymywane są w naturalnym (!), przyjemnym otoczeniu oraz mają wystarczająco dużo miejsca do poruszania się.

Podmioty gospodarcze będące w rękach rodziny Van Ansem sprzedają futra na rynkach międzynarodowych, które wymagają przedstawienia certyfikatu poświadczającego dobrostan zwierząt WelFur. W teorii powinien one zabezpieczać norki przed nadużyciami. Po zapoznaniu się z materiałem ze śledztwa, można jednak nabrać podejrzeń czy nie pełni on jedynie roli uciszacza sumień producentów i legitymizacji wykorzystywania zwierząt.

Skupiając się na potentatach branży, ich zyskach, stratach, interesach, bardzo łatwo zapomnieć, kto jest najbardziej poszkodowanym w tym całym procederze. Za każdą podaną cyfrą stoi cierpienie zwierząt, których życie jest dla hodowców bezwartościowe.

Jedynym, faktycznym sposobem pomocy lisom, norkom i innym zwierzętom hodowanym na futro jest zakaz.
(tekst: Otwarte Klatki)

Pokaż więcej

redakcja

Kronika24.pl - TYLKO najważniejsze informacje z Polski i ze świata!

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button