Kto nie zna duetu Erosa Ramazzottiego z Tiną Turner… Okazja do zobaczenia artysty na żywo w Polsce to nie lada gratka dla fanów.
Występ w krakowskiej Arenie przyciągnął tłumy. 15 minut przed startem koncertu ludzie nadal ustawiali się w kolejkach do wejścia.
Włoskich twórców albo uwielbia się, albo nie słucha. Spodziewamy się utworów o miłości, lekkiego podrywu i włoskiego podejścia do życia.
Artysta od pierwszego utworu swoim charakterystycznym głosem śpiewał ballady, które mimo, że różne to miały wiele punktów wspólnych. Duety z kobietami zawsze przyciągają. Eros Ramazzotti starał się z wdziękiem porywać publiczność, a ta chciała chłonąć jego głos. W przerwach między utworami piosenkarz mówił do publiczności po polsku.
Bardzo dobra oprawa audiowizualna przyciągała uwagę i sprawiała, że z każdego miejsca hali odbiór był przyjemny. Poszczególne sekcje instrumentów były oddzielone, a chórki często stały za Ramazzottim pośrodku sceny.
Mam wrażenie, że starsze pokolenia zapraszały na koncert młodsze, żeby poznały twórczość Erosa Ramazzottiego. Szczególnie było to widać na płycie, gdzie w wiekowym miksie dobrze bawili się zarówno dziadkowie, rodzice jak i dzieci (często nastoletnie). Tutaj hasło „muzyka łączy pokolenia” wpisuje się idealnie.
Pozytywne podejście, może trochę tęsknoty za bardziej beztroskimi latami. Życzmy sobie, żeby nasze wyobrażenie o „Włoskim Życiu” było prawdziwe.


