INNEZIMOWE

ZIO Mediolan-Cortina 2026. Panczeniści Damian Żurek, Mark Kania i Piotr Michalski powalczą o medale

Zimowe Igrzyska Olimpijskie

Damian Żurek: Nie mam obaw, jestem spokojny. Wizualizuję sobie olimpijski start, ale nie dmucham balonika.

– Wizualizuję sobie start na igrzyskach, ale z dużym spokojem. Nie poruszamy tematu medali, nie dmuchamy balonika, bo to nie ma sensu – mówi Damian Żurek, najszybszy z polskich sprinterów, jeden z kandydatów do medalu w łyżwiarstwie szybkim podczas rozpoczynających się w piątek igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo.

Dwukrotny mistrz Europy sprzed kilku tygodni z Tomaszowa Mazowieckiego, który na igrzyskach zadebiutował przed czterema laty, notuje znakomity sezon, mając na koncie m.in. medale zawodów Pucharu Świata i zajmując drugie miejsce w klasyfikacji generalnej na dystansach 500 i 1000 metrów. Polak podkreśla, że do Mediolanu pojechał spokojny i liczy na dobry występ.

– Nie pojawiają się żadne obawy, jestem spokojny. Trener Artur Waś ma wszystko ułożone i wiem, że będę w docelowej formie na igrzyskach. Przed mistrzostwami Europy mocno trenowaliśmy, więc podwójne mistrzostwo Europy zdobyłem nie będąc w docelowej formie. Nie da się wszystkiego zrobić na hurra, ze spokojem rok po roku pracowaliśmy i zyskiwaliśmy miejsca w czołówce. To jest wszystko zaplanowane i ze spokojem patrzymy w przyszłość. Wiemy, że jeżeli przejedziemy bardzo dobrze technicznie i taktycznie nasze biegi to jesteśmy w stanie walczyć o medale, ale, tak jak powtarzam, nie dmucham bańki i ze spokojem patrzę w przyszłość – mówi Żurek.

Panczenista Pilicy Tomaszów Mazowiecki na igrzyskach zadebiutował cztery lata temu w Pekinie. To były szalenie trudne igrzyska, rozgrywane w czasie pandemii COVID-19. Żurek tuż przed startem zresztą zachorował i z tego powodu nawet przyleciał do Pekinu później, niż było to planowane.

– Sam start wspominam pozytywnie, ale emocje, które towarzyszyły mi przed samymi igrzyskami, już nie. Było dużo łez, dużo emocji i dużo straciłem zdrowia przed tamtymi igrzyskami. Gdy jednak przyjechałem do wioski olimpijskiej i poczułem klimat igrzysk to odżyłem i tak naprawdę wystarczyły mi dwa dni, żeby dobrze się zaprezentować, bo po takim stresie to jedenaste miejsce brałem w ciemno i byłem przeszczęśliwy – wspomina. To jedenaste miejsce Żurek zajął na 500 metrów, a na dwukrotnie dłuższym dystansie był trzynasty.

Z optymizmem do startu nie tylko Żurka, ale również pozostałych polskich panczenistów w tegorocznych igrzyskach jest prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Rafał Tataruch. – Zrobiliśmy przez ostatnich osiem lat bardzo dużo, żeby ci zawodnicy byli na szczytach wszystkich możliwych rankingów i mam nadzieję, że tak samo będzie podczas igrzysk olimpijskich. Oni znają swoją wartość i pojadą, mam nadzieję, z chłodną głową po tym lodzie, bo pamiętajmy, że czas igrzysk olimpijskich to jest ogromna presja. Często faworyci nie dają rady z udźwignięciem tego dużego obciążenia – podkreśla szef Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego.

Polscy łyżwiarze szybcy rywalizację olimpijską w Mediolanie rozpoczną 9 lutego. Dwa dni później po raz pierwszy na torze pojawi się Damian Żurek, który, razem z Markiem Kanią i Piotrem Michalskim będzie walczył na dystansie 1000 metrów. Kolejny raz trójkę polskich sprinterów kibice zobaczą 14 lutego, gdy zaplanowana jest rywalizacja na 500 metrów.

Ułamki sekund, które zabrały medal. Teraz Piotr Michalski chce je odzyskać w Mediolanie

Cztery lata temu od olimpijskiego podium dzieliły go setne części sekundy. W Pekinie Piotr Michalski był jednym z najszybszych ludzi na lodzie, ale w tabeli wyników zabrakło miejsca na medal. Czwarte miejsce na 500 metrów – najbardziej niewdzięczne z możliwych – do dziś pozostaje jedną z najbardziej dramatycznych historii polskiego sprintu łyżwiarskiego. W Mediolanie po raz trzeci w życiu Michalski wystartuje w igrzyskach olimpijskich.

– Pekin był ogromną lekcją. Z jednej strony bolało, z drugiej dało mi to przekonanie, że naprawdę stać mnie na walkę z najlepszymi. Mam wrażenie, że im większy stres, tym ja sobie lepiej radzę. Oczywiście ten stres nie będzie związany tylko ze startem na igrzyskach, ale chociażby właśnie Pekin pokazał mi, że nie wiem co się musi dziać, żebym ja się zdekoncentrował i nie mógł wydusić siebie stu dziesięciu procent. Bardzo się cieszę, że mam to doświadczenie. Wiem, że ta adrenalina będzie, wiem, że będzie ten stres, wiem, że będzie ta presja i po prostu się z tym oswajam. Nie traktuję tego jako jakiegoś potwora, tylko sprzymierzeńca, bo ten stres powoduje, że wyduszamy z siebie naprawdę dużo – mówi zawodnik AZS AWF Katowice.

Droga do sukcesu w Mediolanie jest jednak jeszcze trudniejsza niż ta prowadząca do wyników w Pekinioe. Światowy sprint stał się bardziej wyrównany, a różnice między czołówką często mieszczą się w granicach jednego mrugnięcia oka.

– Patrząc na igrzyska w Pekinie oczywiście można myśleć o tym, że wszystko jest możliwe. Moim atutem będzie na pewno doświadczenie i to, że nawet przeboje w tym sezonie pokazują mi, iż nieważne co się dzieje, koniec końców zawsze może być dobrze i na pewno moje doświadczenie mi pomoże. Wszyscy w Mediolanie będą chcieli zdobywać medale, więc tam można wyrzucić te tabele z tego sezonu do kosza i patrzeć co się dzieje. Oczywiście są nazwiska, które typujemy do medali, bo logika na to wskazuje, ale tak naprawdę patrząc chociażby po Pekinie wszystko może się wydarzyć – dodaje Michalski.

Fakt, że igrzyska odbędą się w Europie sprawia, że polscy zawodnicy będą mieli okazję liczyć na większy doping biało-czerwonych kibiców. Na trybunach tymczasowego toru łyżwiarskiego pojawią się też rodziny zawodników. – Tak jest, w Mediolanie będzie reprezentacja mojej rodziny, także bardzo się cieszę, że zobaczą mnie na takiej imprezie. To bardzo miłe, że się zdecydowali przyjechać, bo to jest na pewno duże przedsięwzięcie i wymagająca rzecz. Oni muszą zostawić swoje obowiązki, żeby mnie obejrzeć przez te kilkanaście sekund, także bardzo to doceniam i cieszę się – podkreśla polski łyżwiarz.

Piotr Michalski wystartuje w Mediolanie na dwóch dystansach – najpierw, w środę 11 lutego rywalizować będzie na dystansie 1000 metrów, a trzy dni później, w sobotę 14 lutego, na połowę krótszym.

Michał Niewiński: Możemy być ostatni, ale możemy być też pierwsi. W short tracku możliwe jest wszystko

– Emocje są, nie ma co ukrywać. Już czuć ten „stresik”, ale czy jest większy niż przed zwykłym startem? Myślę, że porównywalny – mówi Michał Niewiński, polski specjalista w short tracku. Rywalizacja łyżwiarzy na krótkim torze w trakcie igrzysk olimpijskich w Mediolanie rozpocznie się we wtorek.

pierwszego dnia w planie są eliminacje na 500 metrów kobiet z udziałem Natalii Maliszewskiej i Gabrieli Topolskiej, rywalizacja mężczyzn na 1000 metrów, gdzie wystartują Felix Pigeon i Michał Niewiński, a także pełen program sztafet mieszanych – aż do finału. Atmosferę w kadrze najlepiej oddają słowa Michała Niewińskiego, największego śmieszka w reprezentacji, który nawet w olimpijskiej wiosce potrafi rozładować napięcie. – W wiosce olimpijskiej żartujemy sobie i miło spędzamy czas, dzięki czemu nie myślimy przez cały czas o tym, co za chwilę może się wydarzyć, ale nie oznacza to, że tego stresu nie ma. Trzeba pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak złe emocje. Stres i adrenalina to narzędzia, które mają nas wkręcić na najwyższe obroty – mówi polski łyżwiarz.

Niewiński przyznaje, że to właśnie ten stan napięcia i gotowości sprawiają, że sportowcy chcą wciąż wracać na lód. – To jest trochę rutyna, ale też coś, od czego jesteśmy uzależnieni. To nas nakręca, żeby w tym sporcie trwać – tłumaczy. W Mediolanie polska ekipa stworzyła własną przestrzeń, która pomaga zachować balans między koncentracją a luzem. – Na naszym piętrze mamy wspólny pokój kadry olimpijskiej. Jest tam świetny klimat. Spędzamy razem dużo czasu, oglądamy inne dyscypliny, kibicujemy swoim, gramy w gry – opowiada.

Nie brakuje też żartów i drobnych przekomarzań. – Każdy sportowiec uważa, że jego dyscyplina jest najcięższa i najlepsza, więc trochę się z tego śmiejemy. To oczywiście nie na serio, bardziej w żartach. Ale dzięki temu naprawdę dobrze się tu dogadujemy – podkreśla Niewiński. Ten luz może być bezcenny w sporcie, w którym o wyniku często decydują ułamki sekund, przypadkowy kontakt czy błąd rywala.

Sam zawodnik podkreśla, że w tym sezonie przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym: radości z samego ścigania się. – Wiem, po co tu przyjechałem. To nie jest wycieczka ani zbieranie pamiątek, choć może przy okazji jakiś pin wpadnie. Przyjechałem tu walczyć o medale igrzysk olimpijskich – mówi wprost. I dodaje, że ten cel przyświeca mu od dawna, podobnie jak całej drużynie. – Wierzę w to ja i wierzy w to cały zespół, że możemy walczyć o podium.

Jednocześnie Niewiński nie ukrywa, jak bezlitosny i nieprzewidywalny potrafi być short track. – Jedziemy na igrzyska jako jedna z dwunastu drużyn i możemy być na miejscu dwunastym, ale możemy też być pierwsi. Tu wszystko jest możliwe – zaznacza. Dlatego kluczowe ma być podejście, skupienie się na przyjemności z jazdy i realizacji własnego planu. – Wiem, że jeśli będę czerpał radość ze ścigania, to wynik też przyjdzie – mówi.

Wtorkowe starty będą więc nie tylko sprawdzianem formy, ale i odporności psychicznej. Biegi eliminacyjne kobiet i mężczyzn oraz rywalizacja, być może aż do finału, sztafety mieszanej sprawiają, że już na samym otwarciu short track może dostarczyć Polsce wielkich emocji. – Ja i cała ekipa mocno w to wierzymy – zaznacza polski zawodnik.

Pokaż więcej

redakcja

Kronika24.pl - TYLKO najważniejsze informacje z Polski i ze świata!

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button