18 marca 2026 r. przed Sądem Okręgowym w Lublinie, ul. Krakowskie Przedmieście 43 w sali 24 odbędzie się rozprawa apelacyjna w sprawie znęcania się nad tygrysami zatrzymanymi w transporcie na granicy polsko-białoruskiej.
Jesienią 2019 roku 10 tygrysów w bardzo małych klatkach, ciasno zapakowanych w samochodzie do przewozu koni, spędziło 10 dni. Jedno zwierzę nie przeżyło. O znęcanie się nad zwierzętami oskarżono organizatora transportu, Rosjanina Rinata V., dwóch włoskich kierowców – Marco A. i Dominici A. Dwóch polskich urzędowych lekarzy weterynarii – Jarosław N. i Eugeniusz K. – stanie przed sądem pod zarzutem niedopełnienia obowiązków podczas wykonywania czynności kontrolnych, a jeden z nich także pod zarzutem doprowadzenia tym zaniechaniem do znęcania się nad zwierzętami.
Pod koniec października 2019 roku cała Polskę obiegła informacja, że na granicy polsko-białoruskiej utknął transport 10 tygrysów. Zwierzęta jechały z włoskiego cyrku do prywatnego zoo w Dagestanie. Z Włoch wyjechały 22 października, na polskie przejście graniczne w Koroszczynie dotarły wieczorem 24 października. Tam przeszły odprawę weterynaryjną i celną. Białoruscy pogranicznicy cofnęli jednak transport z powodu braku wiz obu włoskich kierowców.
– Nie rozumiem jak to możliwe, że zwierzęta w ogóle przeszły odprawy unijne – mówi mec. Katarzyna Topczewska, reprezentująca Fundację Viva! w tej sprawie.
– Tygrysy podróżowały w małych, ciasnych klatkach, w których w mojej opinii nie powinny spędzić nawet 30 minut, a co dopiero wielu dni. Ale, co najważniejsze, kontrolujący mieli dostęp tylko do kilku klatek, ponieważ auto do przewozu koni było ciasno zapakowane. Zatem pierwsze pytanie nasuwa się samo – w jaki sposób kontrolujący transport lekarze weterynarii skontrolowali tożsamość zwierząt i ich dobrostan. Przypomnę tylko, że tygrysy są zwierzętami ściśle chronionymi i przy wywozie należy sprawdzić poprawność nie tylko dokumentów, ale także ich zgodność z chipami – tłumaczy.
Dalej było już tylko gorzej. Rosjanin podjął kolejną próbę przekroczenia granicy sam. Transport cofnięto – tym razem przez brak oryginałów świadectw zdrowia zwierząt. W międzyczasie jeden z tygrysów, znajdujący się najgłębiej w samochodzie, zmarł.
– Wcześniej podczas kontroli nikt tego zwierzęcia nie widział, bo nie było do niego dostępu – mówi mec. Topczewska. – Nie było nawet możliwości usunięcia zwłok z samochodu. Żywe tygrysy wciąż przebywały w klatkach na naczepie, w której znajdowały się zwłoki jednego z nich. W końcu zwłoki wyjęto, a koszmar pozostałych zwierząt trwał dalej – łącznie 10 dni. Trudno uwierzyć, że człowiek zgotował tym majestatycznym, rzadkim i ściśle chronionym zwierzętom tak okrutny los. W końcu Ogród Zoologiczny w Poznaniu zachował się przyzwoicie i przyjął do siebie cierpiące tygrysy – dodaje.
W rezultacie dwa tygrysy trafiły do zoo w Człuchowie, pięć w wyniku międzynarodowej współpracy wielu urzędów wyjechało do azylu dla dużych kotów w Hiszpanii. Dwa zostały w Ogrodzie Zoologicznym w Poznaniu. Gogh, jeden z nich, umarł tam w 2022 roku w wieku 14 lat, mimo licznych starań pracowników zoo o jego zdrowie.
Po wieloletnim śledztwie prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia w tej sprawie. Oskarżyła o znęcanie się nad tygrysami dwóch włoskich kierowców i organizatora transportu, Rosjanina. Na ławie oskarżonych zasiedli też dwaj polscy urzędowi lekarze weterynarii, którzy zdaniem prokuratury nie dopełnili obowiązków służbowych podczas wykonywanych przez siebie kontroli.
Wyrokiem z 4 września 2025 roku 5. Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej skazał rosyjskiego organizatora transportu – Rinata V. na karę 10 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na 2 lata próby, wymierzył mu także grzywnę w wysokości 250 stawek dziennych, ustalając wysokość jednej stawki na kwotę 20 złotych, nałożył obowiązek pisemnego informowania Sądu o przebiegu okresu próby raz na 6 miesięcy oraz orzekł nawiązkę na rzecz oskarżyciela posiłkowego w kwocie 10 000 zł.
Dwóch włoskich opiekunów zwierząt – Marco A. i Alessio D. – Sąd rejonowy skazał na karę 8 miesięcy pozbawienia wolności, z warunkowym zawieszeniem na 2 lata próby, wymierzył także grzywnę w wysokości 200 stawek dziennych, ustalając wysokość jednej stawki na kwotę 20 złotych, nałożył obowiązek pisemnego informowania Sądu o przebiegu okresu próby raz na 6 miesięcy oraz orzekł nawiązkę na rzecz oskarżyciela posiłkowego w kwocie 8 000 zł.
Oskarżonych – Jarosława N. i Eugeniusza K. – lekarzy z Inspekcji Weterynaryjnej Sąd uniewinnił od popełnienia zarzucanych im czynów.
Od wyroku tego pełnomocnik Fundacji Viva! – adwokat Katarzyna Topczewska, złożyła apelację, którą 18 marca Sąd Okręgowy będzie rozpoznawać. Być może na tej samej rozprawie poznamy prawomocny wyrok. W apelacji domagamy się orzeczenia bezwzględnych kar pozbawienia wolności oraz uchylenia wyroku uniewinniającego wobec polskich lekarzy i w tym zakresie przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania Sądowi Rejonowemu.
– Nie zgadzam się ani z wysokością kar orzeczonych dla Rosjanina i Włochów, ani tym bardziej z uniewinnieniem polskich lekarzy weterynarii – mówi mec. Topczewska.
– Oskarżeni doprowadzili do śmierci jednego z tygrysów, a drugiego do stanu wymagającego operacji. Wszystkie zwierzęta miały trwałe skutki tej podróży, albo fizyczne, albo psychiczne, a najczęściej jedne i drugie. Jeśli polski sąd był w stanie orzec karę 4 lat pozbawienia wolności za zabicie strusia, to także odpowiednia kara powinna zostać wymierzona za znęcanie się nad zwierzętami cennymi gatunkowo, bo zagrożonymi wyginięciem. My wszyscy – jako opinia publiczna – byliśmy oburzeni zdjęciami transportu pokazującymi te piękne zwierzęta poupychane w ciasnych klatkach, w których nie mogły się nawet wyprostować – kontynuuje mec. Topczewska.
– Każdy laik byłby w stanie stwierdzić, że transport nieudomowionych zwierząt nie powinien tak wyglądać. Mimo to transport został przepuszczony dalej przez polskiego granicznego lekarza weterynarii, który nie widział podstaw do jego zatrzymania, a stan zwierząt ocenił jako dobry. Zachowanie polskich lekarzy jednoznacznie negatywnie oceniła biegła sądowa, wydająca opinię w tej sprawie. Sąd jednak za bardziej wiarygodną uznał opinię innego pracownika Inspekcji Weterynaryjnej, który nie widział w działaniu swoich kolegów po fachu, zatrudnionych w tej samej instytucji, żadnych nieprawidłowości.
