W czwartek szef Biura Polityki Międzynarodowej reprezentował prezydenta RP podczas pierwszego spotkania Rady Pokoju zorganizowanego przez prezydenta USA Donalda Trumpa w Waszyngtonie.
– Warto było okazać pewne zainteresowanie i solidarność nawet w sprawach, które może bezpośrednio nas nie dotyczą, bo kiedyś my możemy potrzebować zainteresowania i solidarności ze strony naszych partnerów, sojuszników – mówił minister Marcin Przydacz, pytany o udział w posiedzeniu Rady Pokoju.
– My tam byliśmy obserwatorem, więc trochę z boku, ale sama obecność się liczyła – wskazał minister. Jak mówił, dyskusja dotyczyła odbudowy Strefy Gazy.
Zwrócił uwagę, że „polska prawica widzi w Amerykanach gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, bo tylko Amerykanie mają dzisiaj wystarczającą siłę, żeby móc powstrzymywać potencjalne ataki rosyjskie”.
– Najważniejsze jest budowanie swojej własnej zdolności obronnej; natomiast w sytuacji, w której mamy sojuszników to trzeba przede wszystkim – w polityce bezpieczeństwa – koncentrować się na współpracy z tymi sojusznikami, którzy realnie mają możliwość udzielenia pomocy – mówił.
Nawiązując do programu SAFE szef BPM zwrócił uwagę na element warunkowości, który jest dużym problemem. – Bo mamy jako Polska złe doświadczenia z warunkowością – powiedział.
Nie wiem jak ostatecznie zdecyduje prezydent, bo to będzie jego indywidualna decyzja. Ja widzę pewne plusy, jeśli chodzi o kwestię SAFE, ale są też pewne zagrożenia – ocenił.
Rada Pokoju to nie jest sojusz, to forum dyskusji o strefach pokoju, o konfliktach, w tym wypadku w kontekście Bliskiego Wschodu.
– Dla nas istotne było, aby tam była polska flaga, aby Polska zaistniała przy tym stole i żeby utrzymać pozytywną dynamikę w relacjach polsko–amerykańskich – powiedział. Jak dodał, podczas posiedzenia obecni byli także przedstawiciele Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii – wschodnia flanka, wszyscy ci, którym zależy na relacjach z Ameryką. Wspomniał, że państwa bałtyckie nie zostały zaproszone.
– Rząd w zasadzie mówił wprost, że rada Pokoju ich nie interesuje, nie wydawał żadnego stanowiska, a nieformalnie słyszeliśmy bardzo dużo negatywnych głosów; a wzbudzana taka antyamerykańska histeria w polskich mediach powodowała przekonanie, że Rada Pokoju to jest jakieś najgorsze miejsce, w którym w ogóle można byłoby się znaleźć – ocenił Marcin Przydacz.



